czwartek

Normandia. Życie między przypływem a odpływem. Agnieszka Łopatowska [recenzja]

 


Nie mogę czytać książek Agnieszki Łopatowskiej. To dla mnie zdecydowanie niebezpieczna sprawa. „Normandia” jest drugim tytułem autorki, z którym miałam okazję się zapoznać i tak jak w przypadku „Paryż to zawsze dobry wybór”, już po kilku rozdziałach przepadłam totalnie. Nie wiem, jak pisarka to robi, ale jej książki są niczym imienne zaproszenie do tego, aby kupić bilet lotniczy, wsiąść w samochód i pojechać w miejsca, które opisuje.


Normandia kojarzy się przede wszystkim z wydarzeniami drugiej wojny światowej. Ta część historii regionu na zawsze zapisała się w dziejach współczesnego świata. Jednak Normandia to coś więcej niż tylko miejsce wojennych działań. To region Francji, który od wieków zachwyca surowością i bogactwem natury, a także niczym magnes przyciąga artystów szukających natchnienia i inspiracji.


Łopatowska snuje opowieść o tym, jak małe rybackie wioski z czasem stawały się nadmorskimi kurortami, do których przyjeżdżała nie tylko francuska, ale też angielska śmietanka towarzyska. Pokazuje Normandię z wielu stron, odsłaniając wszystko to, co sprawia, że ten region jest tak wyjątkowy. Pisze o portach morskich, niezwykłej architekturze i legendach, które do dziś są żywe w pamięci mieszkańców. 


Artyści ciągnęli tam w poszukiwaniu weny, a niektórzy z największych właśnie na tych ziemiach kształtowali swoją twórczość. Monet, Jongkind czy Flaubert to tylko kilka postaci nierozerwalnie związanych z Normandią. Równie ważne są lokalne przysmaki, które od stuleci goszczą na tutejszych stołach, a część z nich - jak camembert czy cydr podbiła kulinarny świat.


Zastanawiałam się, w czym tkwi siła narracji Łopatowskiej, skoro nawet fragmenty o serach pochłonęły mnie bez reszty. I wtedy zrozumiałam, że w centrum jej zainteresowania zawsze znajduje się człowiek. To wokół jego historii i przeżyć snute są wszystkie opowieści. Weźmy na przykład Mont Saint-Michel ten cud architektury poznajemy dzięki historii madame Poulard i jej rozsławionemu omletowi. Kompletne szaleństwo. Niezmiennie zaskakuje mnie wiedza autorki z zakresu historii, literatury i sztuki oraz to, w jaki sposób potrafi połączyć wszystkie te elementy w całość. Ani przez moment nie czułam się przytłoczona nadmiarem informacji podczas lektury, a wręcz świetnie się przy niej bawiłam.


Czuję się tą książką kompletnie zauroczona. Ten region Francji stał się właśnie miejscem, które chciałabym kiedyś odwiedzić, nie po to, żeby odhaczać kolejne muzea i nadmorskie miejscowości, ale żeby poczuć ducha tego miejsca i zobaczyć Normandię tak, jak pokazała ją autorka. I chyba właśnie to najbardziej cenię w książkach Łopatowskiej: po ich przeczytaniu ma się ochotę nie tylko zobaczyć dane miejsce, ale naprawdę je poczuć. Gorąco polecam! 


Książkę otrzymałam w ramach współpracy barterowej od Wydawnictwa Filia.


Autor: Agnieszka Łopatowska 

Tytuł: Normandia. Życie między przypływem a odpływem. 

Wydawnictwo: Filia

Strony: 336

Ocena: 4.75/5

niedziela

Mała kwiaciarnia w Tokio. Yukihisa Yamamoto [recenzja]


 Nie możesz odejść” - stwierdził były przełożony Kikuko podczas ich wieczornego spotkania w jednej z tokijskich knajpek. Dziewczyna nie czuła się jednak ani zaszczycona, ani onieśmielona tym wyznaniem, ponieważ kryła się za nim groźba i próba szantażu. Z niekomfortowej rozmowy ratuje ją kobieta z magnolią we włosach - Marita, właścicielka niewielkiej kwiaciarni. Niespodziewanie składa ona propozycję pracy dla Kikuko, która jednak mocno odbiega od tego, czym dotąd się zajmowała. Tajemnicza Marita od razu intryguje Kikuko, która decyduje się przyjąć wyzwanie. Dopiero z czasem dziewczyna zaczyna rozumieć, że ta zwyczajna z pozoru kwiaciarnia rządzi się własnymi zasadami.

W Kwiaciarni Kawarazaki Kikuko poznaje sympatycznych współpracowników, którzy wtajemniczają ją w niezwykły i skomplikowany świat kwiatów. Tutaj każdy gatunek, odmiana i kolor ma ogromne znaczenie. Wybór odpowiednich roślin i tworzenie z nich spójnych, pięknych kompozycji nie jest łatwym zadaniem, dlatego Kikuko pilnie uczy się tej sztuki. W tej małej, kameralnej przestrzeni klienci przychodzą po rośliny, które mają powiedzieć to, czego sami czasami nie potrafią ubrać w słowa. Wraz z Kikuko poznajemy ich historie i życiowe losy, a z niektórymi dziewczyna nawiązuje bliższe relacje, które wpływają na jej postrzeganie życia i miłości.

Mała kwiaciarnia w Tokio urzekła mnie swoją powolną narracją. Nic nie dzieje się tutaj szybko, czas płynie leniwie, a kolejne rodzaje kwiatów sygnalizują zmieniające się pory roku. Opisy ich znaczenia i symboliki wplatają się w każdy rozdział, tworząc trzon płynącego w nim przesłania. Ciekawie było czytać o relacjach panujących w kwiaciarni, które choć życzliwe, wydawały mi się nieco zdystansowane. Zresztą wszyscy bohaterowie są powściągliwi w mówieniu o swoich emocjach i ich okazywaniu. Ten tytuł pozwala przyjrzeć się japońskiej kulturze relacji międzyludzkich, która dla wielu z nas może wydawać się chłodna i sztywna, ale jednocześnie trudno nie dostrzec w niej ciepła, uważności i troski o drugiego człowieka.

Muszę przyznać, że momentami miałam problem z imionami bohaterów ich mnogość i zdrobnienia sprawiały, że musiałam dłużej zastanowić się, o kim jest mowa. To nie jest tytuł, w którym główna bohaterka nagle odnajduje sens życia, a wszystko staje się kolorowe i łatwe. Kikuko bardzo powoli odkrywa swoje możliwości, zaczyna dostrzegać rzeczywistość w innym wymiarze, pozbawionym korporacyjnego pędu i chaosu. To spokojna i wyważona opowieść, która czytelnikom spragnionym zwrotów akcji raczej nie przypadnie do gustu. Ja przy tym tytule bardzo odcinałam się od rzeczywistości,  czas jakby stawał w miejscu, co było czymś, czego naprawdę potrzebowałam. To powieść o tym, jak przypadek może czasem kompletnie zmienić nasze życie. Możemy otrzymać nieoczekiwaną szansę, ale to od nas zależy, jak ją wykorzystamy.

Książkę otrzymałam w ramach współpracy barterowej z Wydawnictwem Znak Koncept.


Autor: Yukihisa Yamamoto 

Tytuł: Mała kwiaciarnia w Tokio

Wydawnictwo: Znak Koncept

Strony: 304

Ocena: 4.5/5

poniedziałek

Bestia z Monachium. Rory Clements [recenzja]

 


Detektyw Sebastian Wolff nie chciał prowadzić tej sprawy. Brutalne zabójstwo młodej Angielki oznaczało burzę w mediach a co najgorsze osobiste zainteresowanie śledztwem najważniejszych nazistowskich oficjeli z Hitlerem na czele. Podjęcie się tego zadania było samobójcze i Wolff doskonale zdawał sobie z tego sprawę. W połowie lat 30. w Monachium nie było jednak miejsca na sprzeciwianie się rozkazom. Z duszą na ramieniu i odrażającym współpracownikiem Winterem u boku, detektyw rozpoczyna śledztwo, które nie ma prawa potoczyć się dobrze.


Bestia z Monachium to jeden z najlepszych kryminałów jakie miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Umiejscowienie akcji w nazistowskich Niemczech, w Monachium, w którym buzuje od agresji, prześladowań, ludzie nie ufają sobie nawzajem, po ulicach maszeruje Bawarska Policja Polityczna, a niepokorne jednostki lub takie które zawiodły oczekiwania tajemniczo znikają, okazało się świetnym wyborem autora. Niepokorny detektyw Wolff, któremu daleko jest do panującej ideologii musi sprawnie lawirować między oczekiwaniom zwierzchników a własnym moralnym zasadom. Staje się to jednak wyjątkowo trudne gdy w śledztwie zaczynają wychodzić na jaw tropy, powiązania, które zmuszają Wolffa do podjęcia ryzykownej gry wbrew wszystkim. 


Ogromnym atutem książki są liczne zwroty akcji w śledztwie, mnogość wątków, świadków, sprawia, że naprawdę ciężko odłożyć ten tytuł chociaż na chwilę. Clements powołał do życia bardzo wyrazistych bohaterów, Winter, który wbrew woli Wolffa towarzyszył mu w śledztwie, swoim zachowaniem wywoływał we mnie złość i irytację. Zresztą postaci, które były wielowymiarowe jest w tej historii zdecydowanie więcej. Monachium w 1935 roku było specyficznym miejscem, w którym jak w soczewce można obserwować pełzające zło, które za kilka lat objawi się całemu światu. Cały kryminalny wątek jest dopracowany, dzięki czemu zakończenie choć gorzkie to logicznie spina całą fabułę. Pomimo mnogości wątków autorowi udało się zachować równy, wysoki poziom przez całą opowieść. 


Moją pierwszą myślą po skończeniu Bestii z Monachium było to, że z ogromną chęcią sięgnęłabym po kolejne tytuły z detektywem Wolffem w roli głównej. Moim zdaniem jest to kryminał, który jest powiewem świeżości i czegoś nowego na naszym rynku. Gorąco polecam!


Książkę otrzymałam w ramach współpracy barterowej od Wydawnictwa Bukowy Las.



Autor: Rory Clements

Tytuł: Bestia z Monachium

Wydawnictwo: Bukowy Las

Strony: 464

Ocena: 5/5



 


czwartek

Sekretna miłość. Krystyna Mirek [recenzja]


 

Hania z drżeniem serca wyczekiwała ulotnych momentów, gdy dziedzic Radosław Pawlicki mknął w oddali na swoim koniu. Chociaż nigdy z nim nie rozmawiała, a on nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia, ten młody mężczyzna coraz częściej pojawiał się w myślach skromnej, chłopskiej dziewczyny. Kiedy pewnego dnia spotykają się w lesie, nawiązuje się między nimi nić porozumienia i trudnej do wyjaśnienia czułości.

Natalia dorastała w bogactwie i ciągłym poczuciu zawodzenia swojego wymagającego ojca. Ciężka praca w rodzinnej firmie oraz chłodne, podszyte szyderstwem relacje z młodszą siostrą sprawiają, że kobieta coraz mocniej odczuwa swoją samotność. Tęsknota za ciepłem i normalnymi relacjami uderza ją szczególnie mocno podczas rozmów z firmowym kierowcą Michałem. Ten wesoły, wygadany mężczyzna coraz bardziej fascynuje poważną i zagubioną Natalię.

Dwie różne epoki, dwie różne historie i jeden motyw, który w każdej z nich boli inaczej: mezalians. Krystyna Mirek w „Sekretnej miłości” pochyla się nad tematem skomplikowanej, wielowymiarowej miłości, która ma wiele oblicz. Opowieść o Hani i dziedzicu Pawlickim zdecydowanie bardziej skradła moje serce. Ich delikatna, czysta relacja rozgrywa się w czasach, kiedy ludzie niezależnie od klas społecznych wiązali się ze sobą głównie z praktycznych pobudek. Podobało mi się to, w jaki sposób autorka podeszła do ich relacji. Pokazała więź łączącą Hanię i Radosława w bardzo subtelny sposób, nadając tej części książki refleksyjny charakter, podszyty tęsknotą za prawdziwą miłością.

Współczesna historia Natalii i Michała nie porwała mnie tak bardzo zabrakło mi w niej emocji, które zostałyby ze mną na dłużej.
Chociaż pojawia się tu motyw mezaliansu, mam wrażenie, że trudno dopasować go do współczesnych realiów w na tyle wiarygodny sposób, aby naprawdę poruszał czytelnika.

Z tego powodu cały tytuł wydał mi się nierówny. Rozdziały osadzone w przeszłości zdecydowanie bardziej do mnie przemawiały byłam naprawdę ciekawa, jak potoczą się losy bohaterów. Opowieść bliższa naszym realiom, choć zawierała ciekawy wątek destrukcyjnego ojca, ostatecznie nie zaciekawiła mnie równie mocno. Autorka pokazuje jednak, że nastawienie najbliższej rodziny miało i nadal może mieć dewastujący wpływ na zakochanych. Podobnie jak przerzucanie na młodsze pokolenie własnych ułomności, rozgoryczeń i poczucia obowiązku.

„Sekretna miłość” pokazuje, że uczucie między dwojgiem ludzi nigdy nie dotyczy tylko ich samych. Czasy, w których żyjemy, oraz postawa najbliższych bardzo często determinują to, w jaki sposób kochamy i jak możemy to uczucie wyrażać. Dlatego cenię twórczość Katarzyna Mirek, ponieważ dotyka bardzo czułych, ludzkich spraw.
Bo ostatecznie to nie uczucie jest największą przeszkodą tylko to, co ludzie wokół nas każą nam o nim myśleć.


Książkę otrzymałam w ramach współpracy barterowej od 


Autor: Krystyna Mirek

Tytuł: Sekretna miłość

Wydawnictwo: Luna

Strony: 272

Ocena: 4/6

piątek

Za horyzontem zdarzeń. Radosław Rutkowski [recenzja]


 Na pogrzebie ciotki Marcin czuje się przytłoczony i w potrzasku. Chociaż ma wsparcie partnerki, przebywanie z najbliższą rodziną od dawna działa na niego bardzo negatywnie. Z jednej strony ma wrażenie, że jest niewidoczny, wiecznie w cieniu brata, z drugiej zaś tli się w nim poczucie, że wszystkie złe emocje są wymierzone w jego osobę. Jego obroną stają się sarkazm i czarny humor, które jednak najczęściej zniechęcają do niego innych ludzi.

Czując narastające wewnętrzne napięcie, Marcin rzuca wszystko i wyjeżdża w Bieszczady  a właściwie do Szeklic, gdzie próbuje nawiązać kontakt z dawno niewidzianym wujkiem. Mężczyzna liczy na to, że pytania, które od lat kłębią się w jego myślach, w końcu uzyskają odpowiedź. Co prawda nie spodziewa się ciepłego przyjęcia, to jednak postawa krewnego i tak zbiła go z pantałyku.

„Za horyzontem zdarzeń” to opowieść, która porusza wiele mniejszych i większych problemów, z jakimi mierzą się współcześni ludzie. Poczucie niezrozumienia, walka z własnymi słabościami, gorsze momenty psychiczne i próby zrozumienia swoich życiowych losów mieszają się w tej historii z odwieczną potrzebą bliskości.
To nie jest historia o ucieczce - to historia o tym, że przed samym sobą i tak nie da się uciec.

Dzięki pierwszoosobowej narracji możemy jeszcze lepiej wczuć się w sytuację Marcina i wraz z nim przemierzać kolejne etapy jego wewnętrznej podróży. Nie myślcie jednak, że cała książka utrzymana jest w ciężkiej, pesymistycznej narracji. Radosław Rutkowski bardzo sprawnie snuje swoją opowieść, dzięki czemu tytuł ma wiele humorystycznych, sarkastycznych momentów, które świetnie równoważą całą historię. To właśnie styl autora jest, moim zdaniem, największym atutem tego tytułu. Umiejętność opisywania skomplikowanych uczuć w tak lekki i przystępny sposób jest rzadko spotykana. Rutkowski dotyka czułych, emocjonalnych strun z wielkim wyczuciem, nie popadając przy tym w niepotrzebną melancholię i sentymentalizm.

To właśnie wyjątkowy styl utrzymywał mnie przy książce również w momentach, kiedy fabularnie miałam poczucie, że pewne motywy zostały nieco przegadane. Moim zdaniem autor poświęcił zbyt wiele uwagi wątkowi wujka i księdza  w pewnym momencie zaczął on mnie nawet nudzić. Na szczęście zakończenie historii umyka znanym schematom i jestem pewna, że zaskoczy niejednego czytelnika. Takie zwieńczenia opowieści bardzo doceniam, pokazują bowiem, że pisarz miał plan na swoją fabułę od samego początku.

Jeżeli szukacie tytułu pełnego czarnego humoru i sarkazmu, który swoim zakończeniem zmusi Was do przeanalizowania całej przeczytanej fabuły, „Za horyzontem zdarzeń” jest odpowiednim wyborem. Historia Marcina wciąga, momentami wkurza i pokazuje, jak skomplikowane bywają ludzkie losy. Tak popularne marzenie wielu z nas, aby rzucić wszystko i ruszyć w świat dla tego bohatera staje się drogą pełną emocji i konfrontacji z samym sobą, od której nie da się uciec.


Książkę otrzymałam od Autora.

Autor: Radosław Rutkowski

Tytuł: za horyzontem zdarzeń 

Wydawnictwo: Brda

Strony: 500

Ocena: 4/5

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.Bq8S7pdE.dpuf